poniedziałek, 18 września 2017

"Chemia śmierci" Simon Beckett



Od dawna  planowałam lekturę kryminałów Becketta, zewsząd mi zachwalanych. Poza tym główny bohater to nie policjant lecz medyk sądowy - jak dla mnie brzmi idealnie! Niestety Beckett mnie nie zachwycił. Ale od początku.
David Hunter przybywa na angielską prowincję, gdzie obejmuje posadę lekarza domowego u boku dotychczasowego lekarza Henry'ego Maitlanda, który po wypadku samochodowym porusza się na wózku i potrzebuje pomocy. Mężczyźni zaprzyjaźniają się, a ich współpraca układa się świetnie.

Manham to niewielka miejscowość, gdzie każdy zna każdego, a nowi mieszkańcy nawet po wielu latach, traktowani są sceptycznie i podejrzliwie. Na nich skupia się więc uwaga gdy w okolicach miasta znalezione zostają zwłoki, nota bene także przyjezdnej, pisarki. Prowadzący śledztwo policjant tkwi w martwym punkcie, dopiero pomoc Davida popycha wydarzenia do przodu. Hunter nie jest bowiem zwyczajnym lekarzem, przed przyjazdem do Manham pracował jako antropolog sądowy, co więcej był wybitnym ekspertem na tym polu. Pracę porzucił po tragicznej śmierci żony i córki. Ucieczka na prowincję miała zapewnić mój spokój i wytchnienie. Oczywiście o spokoju musi zapomnieć, bo angażuje się w śledztwo bardziej niż by chciał. Morderca nie poprzestaje bowiem na jednej ofierze, niebawem ginie kolejna kobieta. W tym momencie śledztwo staje się walką z czasem. Wiadomo, że porywacz nie zabija swoich ofiar od razu lecz zadaje im wcześniej wiele ran, istnieje więc szansa na dotarcie do niego, zanim kobieta umrze.

Chemia śmierci typowym kryminałem nie jest. Hunter nie prowadzi śledztwa, do akcji finałowej niewiele na dobrą sprawę o jego pracy wiadomo. Beckett więcej czasu poświęca opisom jego spotkań z nauczycielką Jenny niż pracy w prosektorium. Wiemy, że znika tam na kilka godzin ale co konkretnie tam robi już się nie dowiadujemy. Po początkowych dość ciekawych opisach oceny stanu rozkładu zwłok oraz czasu zgonu, miałam nadzieję na więcej fachowych informacji, a tu nici. Beckett opisał wprawdzie stadium rozwoju muszych larw oraz kilka tricków, pomagających w określeniu tożsamości ofiary oraz jej zgonu ale czułam spory niedosyt. Po powieściach i reportażach Michaela Tsokosa, Chemia śmierci brzmiała jak książka dla przedszkolaka, jak namiastka opisu pracy medyka sądowego, jest zaledwie liźnięciem tematu.

Hunter wprawdzie w pewnym momencie ponad miarę angażuje się w śledztwo. Zresztą musi, znika przecież jego dziewczyna. Jednak nagromadzenie niedorzecznych faktów czyni jego działania śmiesznymi. Nagły brak zasięgu w telefonie, nagła rzęsista ulewa, nagłe przeczucia i dziwnie nieprzemyślane działania Huntera wprawiały mnie raczej w zdumienie zamiast zapewnić właściwą dobrym kryminałom dawkę adrenaliny. Nie mówiąc już o tym, że bardzo szybko można było się domyślić kto jest mordercą. Do końca liczyłam także, że autor zaoszczędzi mi happy endu, niestety.

Jednym ciekawym wątkiem była choroba psychiczna oprawcy oraz powiązanie z kłusownictwem. Autorowi udało się także naszkicowanie małomiasteczkowej i prowincjonalnej atmosfery Manham. Dam jeszcze jedną szansę Beckettowi, bo jednak jestem ciekawa jak dalej poprowadzi postać Huntera.

Moja ocena: 3/6

Simon Beckett, Die Chemie des Todes, tł. Andree Hesse, 432 str., czyt. Johannes Steck, Audiobuch Verlag. 

sobota, 16 września 2017

"Daleka droga do wody" Linda Sue Park



Najpierw tę książkę przeczytała moja jedenastoletnia córka, a potem sięgnęłam po nią ja. Zachęciłam ją do lektury, by poznała bliżej Sudan Południowy i jego krótką i burzliwą historię. Wiedziałam, że autorka opisuje w powieści historię prawdziwą więc tym bardziej byłam ciekawa lektury.

Południowy Sudan w roku 2008 znacznie różni się od tego w 1985. Politycznie to już zupełnie inny kraj, który jednak nadal boryka się z tym samym problemem - brakiem wody. Głównym zajęciem małej Nyi są codziennie, kilkugodzinne wędrówki po wodę. Dziewczynka zabiera plastikowy kanister i wyrusza do źródła. Tę żmudną wędrówkę powtarza kilka razy dziennie. Woda jest daleko, do tego często zanieczyszczona. Dziewczynka nie ma czasu na zabawę i naukę, musi przecież zaopatrzać rodzinę w wodę.

W 1985 roku Sudanem wstrząsają walki międzyplemienne, konflikt zbrojny trwa już dwa lata, muzułmańska północ walczy z koalicją z południa. Trudno rozeznać się we frakcjach i walkach, szczególnie dzieciom. Trzynastoletni Salva zaskoczony zostaje przez potyczki w szkole. Chłopak ucieka na oślep przed uzbrojonymi ludźmi i trafia do grupy uchodźców. Ciągle szuka rodziców i rodzeństwa, sąsiadów lub przynajmniej mieszkańców ze swojej wioski. Salva traci nadzieję, że kiedykolwiek spotka rodzinę i nabiera przekonania, że zginęli podczas walk. Przez wiele następnych lat tuła się od jednego obozu dla uchodźców do drugiego. 

Linda Sue Park prowadzi narrację dwutorowo. Opowieść o życiu Nyi to krótkie migawki, opisujące męczące starania o wodę oraz jak jej brak wpływa na życie i zdrowie mieszkańców wioski. Dłuższe są fragmenty, dotyczące życia Salvy. Autorka nieco bardziej wyczerpująco opisuje jego ucieczkę i tułaczkę. To jednak nadal nie jest pełnowymiarowa powieść ani dogłębna narracja. Park relacjonuje jedynie najważniejsze wydarzenia z życia chłopca oraz koncentruje się tylko na wybranych etapach. Na przykład opisuje stosunkowo dokładnie pierwszy etap wędrówki przez Sudan do Etiopii. Pobyty w kolejnych obozach i krajach są jedynie zaznaczone i opisane w niewielu słowach. Żałuję, że autorka nie pokusiła się o napisanie dłuższej powieści, miała wiele możliwości, by pogłębić szkice postaci, a przede wszystkim szerzej opisać tło historyczno-polityczne, a także warunki życia w obozach. To jednak książka skierowana przede wszystkich do młodszych nastolatków i zakładam, że właśnie dlatego Park zdecydowała się na taką koncepcję książki. Moja córka przeczytała ją szybko i z ciekawością, a ja cieszę się, że poznała bliżej Sudan.

Moja ocena: 4/6

Linda Sue Park, Daleka droga do wody, tł. Krzysztof Puławski, 134 str., Media Rodzina 2017.

piątek, 15 września 2017

"Sezon niewinnych" Samuel Bjørk


Znowu rozpoczęłam czytanie nowej serii kryminalnej - nie chcę nawet liczyć, która to już w tym roku. Sądziłam, że trudno wymyślić coś nowego w tej kwestii, ale Bjørk może zaskoczyć. 
Była policjantka Mia Krüger zaszyła się na bezludnej wyspie, gdzie wegetuje na alkoholu i psychotropach, przygotowując się do śmierci. Ta utalentowana policjantka nie może pozbierać się po śmierci siostry bliźniaczki. Pamięta o niej jednak Holger Munch, z którym tworzyła zgrany zespół i przeprowadziła wiele skomplikowanych śledztw. Mia słynnie z niezwykłej intuicji i zdolności interpretacyjnych, dlatego jej pomoc jest pilnie potrzebna. Policja w Oslo bezskutecznie poszukuje człowieka, który porywa sześcioletnie dziewczynki, zabija je i następnie wiesza na drzewach w szykowanych sukienkach z tornistrem na plecach. Dyrektor postanawia więc ponownie powołać do życia jednostkę specjalną pod kierownictwem Muncha, który samodzielnie może dobrać swoich współpracowników. Holger stawia na sprawdzony zespół, w którym brakuje tylko Mii. 

Mia, po wielu namowach, decyduje się na przyłączenie się do śledztwa. Ostatnie tygodnie dały jej jednak w kość i kobieta ma wrażenie, że jej głowa nie pracuje na najwyższych obrotach. Tymczasem morderca okazuje się być sprytny i mieć dokadnie przygotowany plan. Krüger i Munch mają ciężki orzech do zgryzienia, dają się wywieść na manowce i stają się częścią planu mordercy.

Znakiem rozpoznawczym Bjørka jest j ęzyk - w pierwszej chwili chciałam napisać, naszpikowany dobitnymi zdaniami pojedynczymi. Gdy przeglądam książkę widzę jednak, że moje wrażenie po lekturze jest mylne. Owszem autor stawia na prostotę i jasność ale równocześnie posiadł umiejętność tworzenia wartkich, potoczystch zdań. To książka z rodzaju tych, które trudno odłożyć.

Kryminał Bjørka zaludniony jest wieloma wyrazistymi postaciami - każdy z członków zespołu ma swoje miejsce w powieści, autor szkicuje najważniejsze cechy ich charakterów lecz nie koncentruje się tylko na policjantach. W trakcie śledztwa rolę odegra także sekta chrześcijańska oraz jej przywódca, a także trzynastoletni, zaniedbany przez rodziców chłopiec oraz jego brat i zaangażowana społecznie nauczycielka czy pracownice domu starców, w którym przebywa matka Muncha. Wszystkie wątki połączą się oczywiście w spójną całość, choć do końca powieści miałam wrażenie, że sekta nie była konieczna w narracji i służyła jedynie odwróceniu uwagi czytelnika. 

Sezon niewinnych wciągnął mnie na tyle, że będę kontynuować lekturę tego cyklu.

Moja ocena: 4,5/6

Samuel Bjørk, Engelskalt, tł. Gabriele Haefs, czyt. Dietmar Wunder, der Hörverlag 2015.

czwartek, 14 września 2017

"Rufin z przeceny" Natalia Rolleczek


Bardzo podoba mi się okładka tej książki, przypomina mi powieści czytane w latach szkolnych i aż dziw, że ta powieść w czasach, gdy czytało się z biblioteki po kolei wszystko, nie wpadła mi w ręce. 

Rolleczek umieściła akcję w niewielkich Mysiegłowach, położonych pod Zawierciem. W miasteczku panuje specyficzna atmosfera, zdominowana przez miejscowe eminencje. Stara panna Lidia, zajmująca się domem dla seniorów, ma pieczę nad moralnym zachowaniem mieszkańców. Słuchają się jej niemal wszyscy, zresztą rozsądniej jest żyć z nią w zgodzie. Czynią tak Bebłowie, handlujący firankami, położna i lokalna uzdrowicielka Fenia oraz mniej znaczni mieszkańcy. Nic z jej poczynań nie robi sobie tylko pan Jan, były właściciel piekarni oraz nowo przybyły do miasta nauczyciel matematyki Rufin. Miasteczkowe wydarzenia widzimy oczyma Marysi - dziewczyny skromnej i uczynnej, wychowywanej przez kostyczną i surową ciotkę Walerię. Nastolatka wbrew swojej woli i zamiarom zostaje wplątana w sam środek plotek. Każde zachowanie, każdy krok nabiera nieoczekiwanej interpretacji, a każda plotka powiększa jego wagę.

Nie tylko jednak Marysia obserwowana jest czujnie przez wiele oczu. Zachowania znanych mieszkańców nie są jednak tak ciekawe jak poczynania nowo przybyłych. Rufin znajduje się więc w centrum obserwacji - każdy jego krok oceniany jest krytycznie, oberwie się nawet jego strojowi. Matematyk stopniowo odkrywa, że nie jest istotnym co i jak robi - zawsze postąpi źle. Niewinna rozmowa stanie się romansem, brak rozmowy impertynencją, obrona napastowanej osoby wtrącaniem się w nie swoje sprawy, a jego rzekomą wrogość wobec mieszkańców, potwierdza zażyłość z panem Janem.

Rolleczek niezwykle umiejętnie oddaje atmosferę miasteczka - dulszczyzna i jego zapyziałość są wszechobecne i uniemożliwiają mieszkańcom podejmowanie niezależnych decyzji. Czytelnik wręcz fizycznie odczuwa beznadzieję i zaduch, absolutny brak perspektyw oraz możliwości zmian. Rolleczek ten stan pokazuje także na podstawie jednostki - nowego przybyłego do klasy Marysi chłopca Maćka, który, odrzucony przez rozwiedzionych rodziców, zajętych własnym życiem, pogrąża się w poczuciu braku wyjścia i beznadziei. I tak jak w skali miasteczka Rufin wydaje się ponieść porażkę, tak samo nie jest w stanie pomóc chłopcu.

W przeciwieństwie do historycznych powieści Rolleczek, tę książkę czyta się bardzo szybko i dość lekko. Jej przesłanie wprawdzie jest dość uniwersalne, ale opisywany świat wydaje się być zakonserwowany w minionej epoce.

Moja ocena: 4/6

Natalia Rolleczek, Rufin z przeceny, 159 str., Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1971.

niedziela, 10 września 2017

"Ciotka Poldi i sycylijskie lwy" Mario Giordano


Isolde Obermeier to zdecydowanie postać niezapomniana. Ekscentryczna, barwna, głośna, pełna energii i melancholii, jednym słowem jeden wielki kontrast czyli po prostu ciotka Poldi.
Ciotka Poldi spędziła swoje życie w Monachium jako kostiumolożka i żona Sycylijczyka. W dniu swoich sześćdziesiątych urodzin postanawia wywrócić swoje życie do góry nogami i realizuje swój plan czyli przybywa na Sycylię, gdzie zamierza spędzić resztę swoich dni oddając się melancholii, piciu i obserwowaniu morza (kolejność dowolna).

Rodzina Poldi czyli szwagierki i szwagier chcą jednak szaloną cioteczkę mieć na oku, a jej dyskretnym strażnikiem jest narrator, który pomieszkuje w jej domu, pisząc powieść. Pisanie wychodzi mu dość słabo, ma więc sporo czasu na wysłuchiwanie relacji Poldi o jej perypetiach. A tych ostatnich ma wiele, dysponując wyjątkowym talentem do zbiegów okoliczności, nietypowych spotkań oraz śledztw. Ten ostatni odziedziczyła po ojcu, komisarzu policji. Poldi odżywa i porzuca depresyjne myśli, gdy znika młody chłopak Valentino, który pomagał jej w drobnych pracach domowych i zakupach. Zaniepokojona ciotka zaczyna węszyć na własną rękę i wplątuje się w problemy międzypolicyjne oraz szeroko zakrojone śledztwo, prowadzone przez zabójczo przystojnego Montanę.

Musicie wiedzieć, że jak Poldi coś postanowi, to tak zrobi. Nie ma dyskusji ani odwrotu. Montana Montaną, świat światem, śledztwo musi się toczyć, a Podli musi pierwsza znaleźć zabójcę. Nie myślcie jednak, że ta powieść to kryminał. Ten wątek wprawdzie napędza akcję ale nie jest zbyt istotny. Najważniejsza jest przecież tytułowa bohaterka i Sycylijczycy. Mieszanka bawarsko-sycylijska nie pozostawi nikogo obojętnym. Nie może być bardziej odmiennych mentalności, a ich kombinacja pozwala Giordano na szarżowanie, wprowadzenie do akcji kulturowych fauxpas oraz przemycania mnóstwa spostrzeżeń na temat obu narodowości. Te ostatnie najbardziej mnie zresztą bawiły. Opisy Włochów i Sycylijczyków oraz stereotypów na ich temat rozbawiły mnie niemal do łez.

Ciotka Poldi to lekka, zabawna i rewelacyjnie napisana powieść. Piramidalne zdania, zaskakujące porównania i metafory ujęte w rzutkie, krągłe frazy raz po raz zmuszały mnie do okrzyków podziwu dla tłumaczki. Agnieszka Hofmann poradziła sobie z tekstem tak dobrze, że wielokrotnie zastanawiałam się jak brzmiał niemiecki oryginał. Na pewno to zresztą sprawdzę. I na pewno sięgnę po kolejny tom, tak szybko, jak się da.

Moja ocena: 5/6

Mario Giordano, Ciotka Poldki i sycylijskie lwy, tł. Agnieszka Hofmann, 400 str., Wydawnictwo Initium 2017.

czwartek, 7 września 2017

"Znaki szczególne" Paulina Wilk


Tę książkę kupiłam skuszona nazwiskiem autorki. Jej Lalki w ogniu bardzo mi się podobały, żeby nie powiedzieć zachwyciły więc spodziewałam się dobrego reportażu. I słusznie, bo Wilk można pozazdrościć zmysłu obserwacji oraz talentu do interpretacji. W Znakach szczególnych autorka pozostaje na swoim podwórku, bardzo osobistym zresztą, ponieważ pisze o pokoleniu lat 80. Urodzona w 1980 roku Wilk czerpie z własnych przeżyć, bezpardonowo obserwuje rówieśników i wystawia klarowne wnioski i precyzyjne diagnozy.

Autorka słusznie spostrzega, że rok 1980 to znak szczególny. Urodzeni w nim ludzie to spadkobiercy przemiany - jeszcze potrafią wskrzesać w sobie resztki wspomnień ze stanu wojennego ale ich wzrok skierowany jest już na rodzący się kapitalizm. To właśnie oni mieli najlepsze szanse na łapanie okazji, na szybkie dopasowanie się do nowego systemu i czerpanie z niego całymi garściami.

Wilk rozpoczyna od dzieciństwa w podwarszawskiej miejscowości, zdominowanej podziałem na mieszkańców koszar oraz resztę społeczeństwa. Tory kolejowe fizycznie dzielą miasto, nie są jednak przeszkodą dla dzieci, które bez nadzoru spędzają dnie na podwórku. Autorka nie opuszcza żadnego z istotnych wydarzeń dzieciństwa lat osiemdziesiątych, łącząc wspomnienia z ich analizą. Każdy rozdział to osobna opowieść, przypominająca nieco szkolną rozprawkę - opis wydarzeń/faktów/realiów oraz podsumowanie i wnioski. Zazwyczaj trafne i celne choć nie zawsze odkrywcze. Mimo to książka nie jest nudna - Wilk ujmuje człowieka osobistym podejściem, któremu dopiero w trakcie pisania nadaje szerszą, pokoleniową perspektywę. Dzięki temu zabiegowi, a także błyskotliwemu językowi reportaż jest autentyczny i na pewno przekona rówieśników autorki, zaciekawi osoby nieco starszy i przedstawi zupełnie odmienny świat młodszym pokoleniom.

Moja ocena: 4/6

Paulina Wilk, Znaki szczególne, 300 str., Wydawnictwo Literackie 2014.